Są takie rozmowy, które odkładamy latami. Nie dlatego, że brakuje nam czasu. Po prostu wiemy, że kiedy w końcu padną właściwe słowa, nic nie będzie już takie samo. I to właśnie o takich momentach opowiada film „O czym sobie nie mówimy” w oryginale „Le cose non dette”. O sprawach spychanych na dalszy plan w naiwnej nadziei, że rozwiążą się same.
Muccino bierze na warsztat relacje, które z pozoru wyglądają stabilnie, ale pod powierzchnią kryją pęknięcia. Główni bohaterowie, Carlo i Elisa, są małżeństwem od dwudziestu lat. On wykłada filozofię i pisze, ona jest cenioną dziennikarką. Mają wspólne życie, przyjaciół i bagaż doświadczeń, który powinien ich łączyć. Tymczasem oboje utknęli we własnych rozczarowaniach. Kiedy razem z zaprzyjaźnioną parą, Anną i Paolem, wyjeżdżają do Tangeru, liczą na złapanie oddechu. Szybko jednak okazuje się, że ten marokański urlop stanie się brutalną próbą dla wszystkich relacji. Sytuację komplikuje fakt, że na miejscu niespodziewanie pojawia się Blu, młoda studentka i kochanka Carla, której obecność uruchamia serię wydarzeń, nad którymi bohaterowie coraz szybciej tracą kontrolę.
Wspólnie uznaliśmy, że najsilniejszą stroną tej historii nie jest sam motyw zdrady. To przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy przez lata nauczyli się funkcjonować obok siebie, zamiast naprawdę ze sobą rozmawiać. O emocjach odkładanych na później i cichych pretensjach, które z czasem urastają do rozmiarów problemów nie do rozwiązania.
Niezwykle ważną warstwą filmu jest postać trzynastoletniej Vittorii, córki Anny i Paola. Na początku wydaje się tylko tłem, cichą towarzyszką podróży dorosłych. Z każdą kolejną sceną wyrasta jednak na jedną z kluczowych postaci całej historii. Vittoria obserwuje świat rodziców z mieszaniną ciekawości i coraz większego rozczarowania. Jest milczącym świadkiem emocjonalnych zaniedbań i kłamstw. Sama nie bierze udziału w większości konfliktów, ale ich skutki odczuwa równie mocno. To właśnie przez jej postać Muccino najpełniej pokazuje konsekwencje wszystkich tych „rzeczy niewypowiedzianych”. W jej spojrzeniu odbijają się błędy rodziców, ich słabości i decyzje, które wydają się dotyczyć wyłącznie dorosłych, a w rzeczywistości uderzają w dziecko.
Warto zwrócić uwagę również na sam sposób prowadzenia narracji. Muccino co jakiś czas przerywa kolejne sceny krótkimi, czarnymi planszami. Początkowo wydają się jedynie prostym zabiegiem montażowym, ale z czasem zaczynają budować własny rytm filmu. Przypominają pauzy w muzyce albo kolejne uderzenia serca. Pozwalają na chwilę zatrzymać emocje, by za moment wrócić do bohaterów z jeszcze większą siłą. Szczególnie dobrze działa to w końcowej części filmu, kiedy napięcie między postaciami osiąga najwyższy poziom. Dzięki temu widz ma moment na złapanie oddechu i uporządkowanie tego, co właśnie zobaczył.
Równie ważną rolę odgrywa muzyka Paolo Buonvino. Nie dominuje ona nad obrazem i nie próbuje kierować emocjami widza na siłę. Wręcz przeciwnie – bardzo często pozostaje w tle, subtelnie towarzysząc bohaterom. W połączeniu z charakterystycznymi czarnymi planszami tworzy jednak wyjątkowy rytm filmu. Szczególnie mocno wybrzmiewa to pod koniec, kiedy kolejne sceny przeplatają się z chwilami ciszy i muzycznymi frazami. Mieliśmy wrażenie, że Buonvino nie tyle ilustruje wydarzenia, ile pomaga widzowi wejść w emocjonalny świat bohaterów i pozostać w nim jeszcze długo po zakończeniu seansu.
Nasze oglądanie w warszawskiej Kinotece zaczęło się od małej niedogodności. Trafiliśmy do mniejszej sali i przez wcześniejsze rezerwacje innych widzów nie udało nam się usiąść w jednym rzędzie. Byliśmy rozproszeni po całej sali, przedzieleni obcymi ludźmi i zmuszeni oglądać film osobno, choć przyszliśmy na niego wspólnie.
Dopiero po zakończeniu seansu i spotkaniu w kinowym holu zaczęliśmy wymieniać się wrażeniami. Okazało się wtedy, że praktycznie każdy z naszej ósemki wyniósł z filmu coś zupełnie innego. Rozmawialiśmy o decyzjach Elisy, o postawie Anny i Paola, o tym, jak daleko można posunąć się w ukrywaniu prawdy przed najbliższymi. Choć w wielu kwestiach się różniliśmy, jedno było wspólne: zachowanie Carla trudno było komukolwiek usprawiedliwić.
Jednym z najciekawszych tematów naszej dyskusji okazały się jednak losy Vittorii i sam nieoczywisty finał filmu. Zastanawialiśmy się, czy dziewczynka rzeczywiście była jedynie biernym obserwatorem wydarzeń, czy może odegrała w nich większą rolę, niż początkowo się wydaje. Wracaliśmy do finałowej sceny, w której po swoim zniknięciu Vittoria ponownie pojawia się wśród bohaterów, podbiega do Carla i całuje go w usta i szepcze mu do ucha, że jego problem został rozwiązany.
Muccino nie daje tu jednoznacznej odpowiedzi. To moment, który każdy może interpretować inaczej. Czy Vittoria wiedziała więcej o losie Blu, niż pokazano widzom? Czy była świadkiem czegoś, czego nie zobaczyliśmy na ekranie? A może jej słowa były jedynie okrutnym komentarzem dziecka, które bacznie obserwowało zachowanie dorosłych i doskonale rozumiało, kto dla Carla stał się największym „problemem”?
Właśnie ta niejednoznaczność sprawiła, że postać nastolatki wydała nam się jeszcze ciekawsza. W pewnym momencie sama zaczyna wpływać na sposób, w jaki odbieramy całą historię. Nie jest już wyłącznie obserwatorką wydarzeń, ale także elementem zagadki, którą każdy widz musi rozwiązać po swojemu.
Brak jednej wspólnej oceny bohaterów to ogromna zaleta tego filmu. Muccino nie podpowiada widzowi, po czyjej stronie powinien stanąć. Nie rozdaje łatwych odpowiedzi ani nie dzieli świata na dobrych i złych. Zostawia przestrzeń na własne przemyślenia, a to sprawia, że dyskusja po wyjściu z kina trwa jeszcze bardzo długo.
Dopiero po seansie zaczęliśmy też rozmawiać o samym tytule filmu. Zgodnie uznaliśmy, że polskie „O czym sobie nie mówimy” nie do końca oddaje sens oryginału. Włoskie „Le cose non dette”, czyli „Rzeczy niewypowiedziane”, wydaje się znacznie bliższe zarówno fabule, jak i emocjom towarzyszącym bohaterom.
Ten film nie jest bowiem wyłącznie o braku rozmowy. Jest przede wszystkim o słowach, które nigdy nie przeszły bohaterom przez gardło, o uczuciach tłumionych przez lata i o prawdach, których nikt nie miał odwagi nazwać. Im dłużej o nim rozmawialiśmy, tym bardziej byliśmy przekonani, że włoski tytuł trafia w samo sedno tej historii.
Wychodząc z kina, zgodnie stwierdziliśmy też, że musimy sprawdzić, jak tę opowieść przedstawiła Delia Ephron w swojej powieści Siracusa, na podstawie której powstał film. To chyba najlepsza rekomendacja, jaką można wystawić ekranizacji. Rzadko zdarza się, żeby film tak skutecznie zachęcał do sięgnięcia po literacki pierwowzór.
Oczywiście nie obyło się bez naszej małej tradycji, czyli pamiątkowego zdjęcia pod plakatem promującym film. Bez tego nie wracamy z żadnego wspólnego wypadu.
Jest jeszcze jedna rzecz, która nieco zepsuła nam końcówkę seansu. Coraz częściej można zauważyć widzów, którzy opuszczają salę natychmiast po pojawieniu się napisów końcowych. Tak było również tym razem. Jeszcze zanim wybrzmiała muzyka Paolo Buonvino towarzysząca napisom końcowym, część osób zaczęła kierować się do wyjścia.
Szkoda, bo w przypadku „Le cose non dette” końcowe napisy nie są tylko technicznym dodatkiem do filmu. Muzyka i pozostawione przez Muccino emocje tworzą jeszcze przez kilka minut przestrzeń do refleksji. To moment, w którym można spokojnie poukładać sobie wydarzenia, wrócić myślami do bohaterów i zastanowić się nad tym, co właśnie zobaczyliśmy. Mamy wrażenie, że wiele osób niepotrzebnie odbiera sobie ten fragment kinowego doświadczenia. Dla nas film kończy się dopiero wtedy, gdy na ekranie zniknie ostatnie nazwisko. Zwłaszcza po takiej historii warto zostać w fotelu jeszcze kilka minut dłużej.
Gdy opuszczaliśmy Kinotekę, czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka. Na dziedzińcu przed Pałacem Kultury i Nauki przywitała nas gwałtowna ulewa. Przez kilka minut lało jak z cebra, po czym deszcz zniknął niemal tak szybko, jak się pojawił.
Pomyśleliśmy wtedy, że ta pogoda idealnie podsumowała nasze filmowe popołudnie. Przez dwie godziny obserwowaliśmy emocjonalną burzę w życiu bohaterów, a potem zostaliśmy z absolutną ciszą i pytaniem: co dalej? Jedno jest pewne – „Le cose non dette” okazał się filmem, o którym rozmawialiśmy jeszcze długo po wyjściu z kina. A to zawsze jest dobry znak.
W.S.
Przypisy
- Zdjęcie tytułowe: scena z filmu
- https://it.wikipedia.org/wiki/Le_cose_non_dette
- https://www.mymovies.it/film/2026/le-cose-non-dette/
- https://www.imdb.com/title/tt37096260/







